miękka strona twardej suki w obliczu codzienności

He who makes a beast of himself gets rid of pain of being a man

Powtarzając sama siebie mogę po raz kolejny obiektywnie stwierdzić, że się zestarzałam a łeb jak był popieprzony, tak jest.

Podobno dojrzałość jest wtedy jak ktoś Ci opowiada kto z kim gdzie i dlaczego a Ty masz na to delikatnie mówiąc wyłożone.

Stan wyłożenia na wszystko staram się opanowywać do perfekcji bo inaczej mnie rozpierdoli po prostu.

Wieloletnie kumulowanie przymuszonego spokoju, braku reakcji, nie-urywania-głowy-przypadkowej-osobie-po-drodze, racjonalizowania, powodują, że w którymś miejscu się przelewa, gdzieś puszcza na szwach i jak to wszystko pierdolnie to klękajcie narody, kamikaze boski wiatr nie ma przebacz a na to na koniec ze dwa tsunami i jeszcze dla pewności yellowstone mógłby ibnąć.

Ładna wizja jest przedstawiona w filmie „Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć” jako obskurus, praktycznie codziennie jestem na granicy uwolnienia swojego obskurusa i to co widzieliśmy w filmie to była popierdółka.

Nie, przez te wszystkie lata ani nie dotarłam do punktu ostatecznego, ani też nie wybrałam się do psychiatry hamowana strachem, że jak rzeczony specjalista zobaczy i usłyszy co mam do przekazania, to sam zdecyduje o szybkiej i  natychmiastowej terminacji swojego żywota.

 

więc tak sobie plumkam z dnia na dzień, codziennie starzej, ale jak by kto pytał to sama się w grupie „młodzież” przypiszę, tylko bardziej spać mi się chce wieczorem, tylko nocne hałasy bardziej irytują (poranne też) kac się kurwa 2 dni trzyma zamiast 2 godzin i jak człowiek chce zgubić 3 kg z dupy to trzeba pół roku zapierdalać a nie po prostu nie jeść 2 dni.

słucham Gamblers Mark, bo lubię, bo mogę.

I tak sobie myślę, że „be careful what you whish for – you may get it” jest o przysłowiową dupę potłuc.
Wiem czego chcę, wiem jak bym chciała żeby to wyglądało… chociażby przy Gamblers Mark… ale nie mogę tego dostać. Chcę za mocno czy o co chodzi?.
Znowu się zastanawiałam po co to wszystko, po co tu jestem. Żeby odhaczyć kolejny dzień w grafiku? Co z tego mam, że jestem? A jednocześnie co mnie powstrzymuje przed nie-byciem? Coś jest, ale nie umiem tego znaleźć i nazwać.
Skąd ja mam ku.wa ciągle tyle samozaparcia i dążenia do czegośtam, że się zawsze zbiorę w sobie i ogarnę tą kuwetę? I czemu ciągle wracam do tego samego martwego punktu?
Please, shut my fuckin mind off…
I need a shrink…

Minęło 10 lat od czasu jak zaczęłam tego bloga.

Bardzo się zmieniłam przez ten czas a jednocześnie w środku zostałam cały czas taka sama.
Teraz bardziej obiektywnie umiem patrzeć na siebie i widzę, że w środku jestem nadal tą samą osobą tylko bardziej cyniczną i wyszczekaną, bardziej odporną zewnętrznie, co kosztuje mnie jeszcze więcej poświęceń wewnętrznych.
Spotkałam osoby, które to rozumieją i widzą, ale nadal w pewien sposób odgradzają sie ode mnie. A to działa wprost proporcjonalnie – czym mniej uczuć z zewnątrz tym mniej w środku, tym więcej cynizmu i sarkazmu.
Żebym tylko nie musiała ciągnąć tego za długo, bo się zeźlę…

drowning

1 komentarz

„I got a bottle of whisky in my hand 
I’m gonna chase that devil for as long as I can 
and I know, 
that kind of love 
will make a grown man cry…”

 
Takie na dziś przemyślenie i zapytanie…
Gdzie normalni ludzie poznają innych normalnych ludzi?
Bo tak się zastanawiam od jakiegoś czasu i dociera do mnie, że żyję w jakiejś pieprzonej wiosce rybackiej gdzie wszyscy wszystkich znają i są jakoś „spokrewnieni”. Każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto jest twoim znajomym.
 
Jestem w stanie wziętym z fromlife.pl – „potrzebuję uczucia ale mogą być browary…”
 
Odczuwam dziś ociężały i dobitny bezsens swojej egzystencji.
Zawsze popadałam w głęboki cynizm bez miłości, tym razem pobiłam sama siebie.
 
Chciałabym… 
tylko nie wiem gdzie normalni ludzie poznają innych normalnych ludzi, takich do pokochania dla przykładu?
 
 

 

 
 

Ciągle na rozdrożu, ciągle nie wiem, czekam, mam nadzieje.

Racjonalizuję znowu i od nowa wszystko, bo próbuję złapać i usidlić coś co nie chce i strasznie się broni przed złapaniem i usidleniem.
Ciągle z poczuciem niespełnienia. Mimo, że jest dobrze, chwilami, momentami…
Ciągle wszystko na pół gwizdka, niby fajnie, niby pięknie, ale zawsze coś.

Nie mogę się zachłysnąć uczuciami, emocjami.
Uśmiecham się i po amerykańsku mówię I’m fine, great.
Nie jest kuźwa great. Nie jestem fine.

Zdarza mi się płakać, tak po prostu, z niemocy, niespełnienia, poczucia kolejnej porażki, codziennego życia jakie mam.
Piję dużo. Nie ma znaczenia czy piję czy nie. Mój stan psychofizyczny jest zawieszony ciągle gdzieś tak w połowie. Bo możliwości i chęci są, jest wiele energii, ale nie ma gdzie i z kim się nią podzielić.

Bezsens.
Pointless, fucking pointless.

Bardzo miły i konstruktywny weekend.

Dużo przyjemności i bliskości
Dziękuję 

podobno rok smoka jest bardzo dobrym rokiem.

podobno powinniśmy się cieszyć jeśli jesteśmy zdrowi i nie mamy większych zmartwień.
podobno życie jest ogólnie fajną opcją, przeżycia, emocje, uczucia i takie tam.

one of these days

Jestem singlem z wyboru.

Zawsze kurwa źle wybiorę…

Tym razem podobnie.
Wydawało mi się, że można zmienić friends with benefits na coś innego.
Można.
Ale wtedy gdy nie słyszysz, „ale ja nie chcę stałego związku”.

Ale i tak jest dobrze, że jest.
Cieszę się w sumie.

Chyba dojrzałam do myśli, że umrę jako kilkudziesięcioletnia szurnięta singielka z 70-cioma kotami.

Znowu nie wierzę w życie i w możliwości. Znowu nic nie ma sensu. Znowu popadam w cynizm i sarkazm. Znowu po mojemu. Znowu mam ochotę wsiąść w samochód i rozpieprzyć się na najbliższej barierce na obwodnicy przy maksymalnej prędkości. 
Znowu zacisnę wargi i pięści i znowu pójdę krok do przodu w to kurwesko smutne życie.

Przemiło, prze-przyjemnie, delikatnie i szczerze.

Z dużą dozą niepewności ale ciekawości jednocześnie.
Dorosłe dzieci, które próbują, wyczuwają, boją się popełnić jakiś błąd, który i tak nie zostanie zauważony, albo skwitowany uśmiechem.

Bo o to chodzi, żeby się nie bać.
Żeby się otworzyć, zaakceptować, zaufać.
Tak pozytywnie.

Nawet podobno miła dziś byłam cały dzień i uśmiechnięta.

Masaż na dobranoc i buziak na dzieńdobry robią swoje ;)

Put on those shades
And wave to yesterday
The sunlight hurts my eyes


Racjonalnie znów do bólu.
Mimo, że serce teoretycznie mówi co innego słucham się mojej głowy.
Ufam mojemu umysłowi. Nie chcę niczyjej krzywdy. 
Mogłabym się zaangażować, mogłoby-być-nawet-zajebiście.
Ale wiem przed początkiem czegokolwiek konkretnego, że to opcja na kilka miesięcy, bo mi teraz czegoś takiego potrzeba, żeby był ktoś blisko, przytulił i wysłuchał.
Nie chcę, bo ja pójdę dalej a kogoś zranię bardzo mocno. Za bardzo mocno. Bo to ktoś, kto przeżył już takie rzeczy zbyt wiele razy i zbyt mocno. Nie chcę brać odpowiedzialności za czyjąś kolejną w jakimś sensie porażkę życiową.
Więc wyłączam tą miłość, która nawet jeszcze nie zaczęła dobrze kiełkować. 
Udaję, że tego nigdy nie było.
Nie zacznę kochać, by nie musieć przestać.
Kocham i nienawidzę jednocześnie swój umysł.

Ale nie jestem egoistką.
Gdybym była – pozwoliłabym temu popłynąć i się rozwinąć, ale ciągle miałabym świadomość, że to chwilowe i tylko na teraz.
Biorę za to wszystko odpowiedzialność, biorę to wszystko na siebie i nie pozwolę Ci się we mnie zakochać.
Bo skutki były by strasznie dla Ciebie bolesne
a tak wiele już przeszedłeś i tak wiele razy Cię zraniono.

Dobranoc
Zostańmy przyjaciółmi, tak jak teraz jesteśmy i nie rańmy się nawzajem.

Kto powiedział, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie istnieje bez podtekstów i oczekiwań.
Istnieje
i niech będzie

Dobranoc

  • RSS